poniedziałek, 15 lipca 2013

Londyn służbowo

W tym sezonie mam wysyp londyński. Trzy razy w ciągu 4 miesięcy. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, a że ta trzecia grupa była rewelacyjna, to tymbardziej mam dobre samopoczucie :)
Latanie tanimi liniami nie należy do najprzyjemniejszych, ale widoki czasami to rekompensują. Zresztą latanie ostatnio ma szczególne walory, nie tylko tanimi liniami, bo zasady bezpieczeństwa nie wybierają. W związku z tym ze dwa razy niedawno odczułam specjalne potraktowanie przez maszynę (która wybiera na zasadzie Stichprobe), a w konsekwencji albo sterczałam przez 10 minut na bosaka i czekałam na swoje rzeczy albo doznałam pieszczot penterujących rąk na moim ciele, obmacywana przez kobitkę uzbrojoną w rękawiczki (siebie zabezpieczają, ale delikwenta - nie). Hm, ale chyba widziałam też przypadek hetero ....

Parę luknięć przez bulaj:


Wygląda na Łebę



Te małe białe owady po lewej to statki


Chyba Holandia

Szwecja ? I statki na błekicie wody ....


Szwecja ?


To chyba Skandynawia
Tak więc biegam po Londynie, mieście mojej młodości studenckiej, jako "doświadczona pilotka", tymbardziej, że w końcu przylatuję :). Czasu dla siebie nie mam, bo jestem w efekcie przewodnikiem, oczywiście bez ekscesów, bo w takim Westminster Abbey koleżeństwo brytyjskie po fachu (Blue Badge) wyprowadziłoby mnie bezceremonialnie gdybym próbowała opowiadać grupie szczegóły we wnętrzu obiektów. Tak więc trochę oddechu pozostaje, gdy grupa idzie do muzeum, albo na zakupy. W progamie są zazwyczaj 2 albo 3 muzea. British Museum jest tak zawalone starociami, wykopaliskami, figurami, przedmiotami, duperelkami że 2 godziny to śmiech na sali, a zazwyczaj i tyle czasu w programie nie starczy, więc przez ok. 1.5 h można w zarysie zorientować się co mają w zbiorach, wypić kawę, zrobić siusiu po odstaniu z 10 min w kolejce i truchtem w miasto.




Czasami zaprzyjaźniam się z jakimś wybranym działem, np. Korea. W British Museum ta sztuka jest pokazana śladowo. 





I jest to sztuka głównie 19-wieczna.

Chociaż parę starszych też jest:







A tu parę migawek z Victoria&Albert.

Św. Franek

Taka sobie zabawa średnioweczna z robieniem min. Poniżej instrukcja :)

Dziedziniec V&A

Wreszcie ktoś się zlitował....


Sarkofagi z różnych części Europy
Poza British i V&A najczęściej odwiedzane jest muzeum Natural History, sczególnie w przypadku dzieci





Tak więc, jeżeli nie przyswajam kultury to idę sobie na kawę albo odwiedzam różne zakątki. Ostatnim razem też tak było a nawet więcej, bo zajrzałam do Science Museum. Nie wiem czy kiedykolwiek przedtem tam byłam.... Po wejściu prawie zaraz przykuła moją uwagę wystawa pt. "Code Breaker". Miałam od razu podejrzenie o Enigmę. No, i okazało się, że właściwe: ani pół kropki nasi zaprzyjaźnieni alianci nie napisali o swoich wiernych sojusznikach z Polski, którzy w największym stopniu przyczynii się do rozszyfrowania Enigmy!! (napisałam complaint do Science Museum)
Bydgoszcz - na ławeczce siedzi p. Rejewski, a obok niego ta enigamtyczna maszyna (za nim moja koleżanka).

A tak Anglicy piszą o swoim bohaterskim łamaczu kodu:


Tu wyraźnie, że to on z kolegą opracowali skomplikowany spsób na odkodowanie .....





Nie był w Londynie ten, kto nie wzniósł się nad poziomy London Eye, przemaszerował z tłumem przez Millenium Bridge, obszedł naokoło Tower przebiegł przez Tower Bridge oraz, oczywiście, nie uścisnął dłoni wszelakim celebrytom z wosku.
Wszędzie tam pilot-przewodnik zawozi i prowadzi spragnionych metropolitalnych wrażeń turystów.
Konstrukcja London Eye





Millenium Bridge to kładka dla pieszych spod St. Paul's na drugą stronę rzeki.




Po drugiej stronie rzeki jest the Globe - replika największego teatru elżbietańskiego z 17 wieku. Jedyny budynek w Londynie, który dostał pozwolenie na dach kryty strzechą.

 Tower Bridge jest z 19 wieku i do 1975 jego zwodzone części poruszane były maszyną parową !! Rewolucja przemysłowa zaległa im na długo :)







W gabinecie pewnej pani o francuskim nazwisku:



Akt zgonu Mme Tussaud

Są oczywiście oczywistości londyńskie, których nie można ominąć: Westminster Abbey, Parlament, Trafalgar Square z National Gallery i kościółkiem St. Martin-in-the-Fields, Piccadliy Circus, Chinatown i Regent Street.

Westminster Abbey - fasada










W krużgankach


Fasada północna


Houses of Parliament:

Ta wieża św. Stefana wyszła mi trochę jak w Pizie :)
Big Ben to tylko nazwa zegara......


Gotyk 19-wieczny :)

Trafalgar Sq zawsze zatłoczony a w tle zasoby kultury wysokiej: National Gallery

Ten rycerz patrzy na admirała

A admirał dumnie z wysokości ogarnia miasto

Turandot na dużym ekranie pod admirałem

w oczekiwaniu na transmisję opery

Duży ekran pod kolumną


Obok stoi stary kościółek św. Marcina. Przed wejściem zaskakująco nowoczesny obelisk:

Najpierw było Słowo, a Słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami

Ciało ze Słowa ...




Lokalny zespół muzyczny próbuje

No, i krypty. Trzeba mieć dużo odwagi, żeby je zamienić w restaurację. Jak duży tłok, to stoliki stoją pod epitafiami, a nawet i na pochówkach.
Skoro zakazano pochówków, to można ciało żywe posilić :)

Nowe wejście do podziemi


knajpa kryptologiczna :)



                    Chinatown:





Co prawda to nie po chińsku, ale też z Azji :)


Jednym ze standardów jest Greenwich.
Południk zerowy widziało juz chyba z połowę polskich dzieci.
I oczywiście Niańka w Podkasanej Koszulinie czyli Cutty Sark!! To wszystko w otoczeniu barokowych zabudowań Royal Naval College czyli Królewskiej Szkoły Morskiej.


To brązowe to południk 0

Mechanizm wyznaczający południk 0




Widok spod południka 0 na Królewską Szkołę Morską i bankowe City za Tamizą


Muzeum Morskie czyli National Maritime Museum, jak wszystkie muzea z "National" w tytule - bezpłatne
Taka buteleczka ze statkiem zmontowana przez jakiegoś marynarza, co mu sie w rejsie nudziło ...

Mapa do chodzenia po


Kaplica w kompleksie Królewskiej Szkoły Morskiej:



 
I tu po raz pierwszy namacalnie zobaczyłam panią ksiądz



To dzieło sir Christopha Wrena, tego co odbudował 4/5 City po pożarze w 1666.







Cutty Sark, najszybszy kliper herbaciany







W centrum miasteczka jest kościół św. Alfega, biskupa zamordowanego przez kolejnych najeźdźców na wyspy w 9 wieku - Danów, czyli Duńczyków.



Tu znowu, pub prawie na grobowcach...









Program zakupowy w większości przypadków udaje się w 200%. Oczywiście króluje Primark! Więc Oxford Street, bo tam otwarte do 22:00. Ale często gorączka zakupów nie obniża się nawet po penetracji połowy sklepów, a jeszcze jak koleżanka pokaże innej koleżance jakiś ciekawy, a niedrogi zakup, to żądza zdobycia podobnego jest ogromna, niektórzy stwierdzają, że jeszcze mężowi albo mamie coś przydałoby się, więc naciągam, doginam i rozciągam program tak, aby następnego dnia - nierzadko parę godzin przed odjazdem - ostatnim odruchem ogarnięcia Poundland albo TKMax, turyści mogli oddać się hobby komercyjnemu. Ja najczęściej realizuję listę spisaną w domu i z kartką oraz z telefonem (robię zdjęcia do konsultacji), szybko kupuje i znikam w zakamarkach okolicznych uliczek.


Z Oxford St wchodzi sie w szczelinę pomiędzy domami i ... odkrywa śliczny zaułek św. Krzysztofa

Przejście między budynkami







A jak pójdzie sie trochę dalej, to można popaść w sentymentalny nastrój wspominając młodość bujną i muzyczną.


Carnaby zmienia swe oblicze. Tu stoi płot, bo za nim coś sie buduje, aby fanom dawnego życia muzycznego dołożyć wspomnień. Na panelach tego płotu wypisane są zasługi tych muzyków, związanych z Carnaby Street.




Pełno tu zakątków pubowo-knajpianych.



Shakespeare's Head


Carnaby z zakątkiem Newburgh:
















Jak zobaczyłam TO - dusza zawyła z rozkoszy!! Aint Nothing But Blues Bar!! Nie, jeszcze takie są???
Weszłam, a tam - live koncercik, w okolicznościach nieco niedbało-bohemicznych. No więc - sok z lodem (na dworze +30)
i siadam na jakimś zydlu. Atmosfera bluesowa, mrok tradycyjny, ludziska zsłuchani, sączący piwo, muzykanci na wyciągnięcie ręki rzucający od czasu do czasu jakiś równoważnik dialogu w skąpą, ale wybraną ! publiczność. No, pycha!!! Niestety, czas miałam wyliczony boć przeciez w pracy jestem, i musze zebrać moją grupę po zakupach w pocie czoła dokonanych i dowieźć na czas, bo wieczorem kolacja z dancingiem:) 




Kolacja w POSKu. He, he - sto lat tam nie byłam. Restauracja Łowiczanka zaprasza. Co sobotę wieczorek taneczny. POSK zmienił się nieco, ale ten podstawowy beton fasadowy z lat 60. pozostał.






To jest lista donatorów i dobrodziejów
Restauracja obszerna, ma parę sal. W dużej dwie większe grupy (w tym nasza) i jacyś niezrzeszeni, a w sali bocznej osobne towarzystwo polsko-angielskie. Okazało się, że to Pan Henryk (?) obchodził hucznie swoje 80. urodziny. No, i ....orkiestra - tzn. okrojony band, bo Cygan zachorował!!! Czyli pan Heniek na saxie i gitarze i Goran na klawiszach, które głównie grały bez jego udziału. Repertuar średnio z wiejskiego wesela w wydaniu remizowym.... Ale cała sala na parkiecie ! Jubilat wywija, nasza grupa nauczycieli z Kaszub szaleje, a nawet zaśpiewali panu Henrykowi w prezencie piosenkę Kaszebe. Było wszystko co trzeba: od Diany przez YMCA, Krzycha i Czerwone Gitary po Żonę Moją i Ona tańczy dla mnie, w tonacjach mniej więcej dobranych. Goran po polsku też wykazał się. Juz słyszę uszami wyobraźni jak byłoby z Cyganem :)



Jubilat dziarsko wywija

Kaszubki śpiewają





Innego wieczoru była wspaniała kolacja historyczna w Dokach św. Katarzyny, czyli na terenach poportowych (obok Tower), gdzie w podziemiach jednego z budynków jest bardzo duża restauracja. Doki św. Katarzyny to było nabrzeże magazynów na towary luksusowe, takie jak kość słoniowa. złoto, jedwab. Na taki Medieval Banquet trzeba zgłosić grupę wcześniej. Siadamy we wnękach, które każda ma nazwę, np. Traitors albo Tower itp. Na środku siedzi Henio VIII na tronie i można robić sobie z nim zdjęcia (zapytałam, czy ma zamiar spróbować 7. raz, ale nie chciał) a jego dwór zabawia gości. Jest fechtunek, pieśni z epoki, żonglerka wędrownych sztukmistrzów i uczta. Piwo i wino leje sie dzbanami, zwinne kelnerki ubrane odpowiednio donoszą napitki i jadło, obowiązuje zakaz klaskania za to należy walić w stół ! Show trwa 2 godziny a potem ostry szok kulturowy: techniawka i nieco bardziej przyswajalne dźwięki do wygibasów.
Rządzi tam internacjonalizm pracowniczy: Polak w barze, kelnerki Włoszki, Tajka, Filipinka, murzynki i jakies białe blond, co dobrze mówią po angielsku, więc brytolki. Ogólnie bardzo udana impreza!






Pogadałam z królem :)





Król pofatygował sie do nas ze śpiewem na ustach




Walczą, ale mój aparat nie chwyta wszystkiego :)




W bok od Oxford Street znalazłam dom Händla, w którym jest muzeum, z wejściem od zaułka z tyłu. Na drzwiach napisane, że to dom tego pana, wisi chorągiew ze stosownym napisem,



                 
                         a na ścianie.....

też na "H" ... :)

Ale znalazłam i tego tytularnego na fasadzie obok:


A tak prezentują się dwaj panowie H razem:


Zaułek z dojściem do muzeum Georga Friedricha:


Po drodze do zacnego muzeum, takie frywolności ...




I jeszcze look na Regent Street w roku Jubileuszowym Królowej:


Ten szyld po prawej, to jakaś literówka?






I jeszcze off Regent:













A tu możemy porównać ceny:)


U nas taki pojemnik kosztuje chyba z 8 zł, a nie 5.50
Parę drobiazgów jeszcze:

Kensington


Te trzy ujęcia śledzą datę położenia kamienia węgielnego pod Royal Albert Hall (napis na fryzie)
 



A na przeciwko:
Royal College of Music
W pobliżu stoi taki cieniasek wyokrąglony:



Baker street

Baker Street

City



Po lewej podstawa The Monument - kolumna ze złotym zwieńczeniem widokowym na pamiątkę Great Fire of London w 1666

Na tej uliczce w piekarni wybuchł ten Wielki Pożar w 1666

Docklands widziane z kolejki DLR

Stacja metra

Hammersmith Broadway

Hounslow


Harrods

Harrods

Knightsbridge

Oxford St. - Selfridges


No comment

Wiosenny South Ken z wejściem do V&A Museum

St. Paul's

Wrota królewskie

Widok ze wzgorza Greenwich spod Obserwatorium i poludnika



Język angielski.
Ja oczywiście słyszę jak kto do mnie mówi, bo mam takie ucho:)
W wielu miejscach są Polacy, co poznaję właśnie po akcencie, a właściwie po braku charakterystycznego akcentu! Francuzi są słyszalni na pół kilometra (ken ju elp mi?), Hindusi też, murzyni mają swoje znane narzecze, Niemcy jak najbardziej (wen wil it sztart?) Hiszpanów i Włochów też da się rozróżnić, a nasi mają taką bezpłciową wymowę a do tego na każdym kroku "Yes, of course" - to jest jak metka firmowa :).
Tak więc w muzealnych kawiarniach: British Museum, National Gallery, w wielu restauracjach, ostatnio w aptece. Jak mi się chce to po usłyszeniu "Yes, of course" odzywam się po polsku i jeszcze nigdy nie pomyliłam się:)
Natomiast polski przewodnik może być narażony na inne niespodzianki: rejs statkiem do Greenwich. Ostatnio miałam takie urządzenie hi-tech, co to brzęczę sobie pod nosem a oni wszystko słyszą w słuchawkach, i miałam tłumaczyć marynarza statkowego, który opowiada podczas rejsu co widzimy, proszę wycieczki. Niech go bogi kochają: COCKNEY! Nie dość, że statek warczy to on jeszcze jakimiś dykteryjkami lokalnymi nadaje, ja staram się złapać sens jego poczucia humoru (najczęściej kulturowo obcego), wtedy ucieka mi następne zdanie - więc ogólnie masakra. Ostatnio, schodząc ze stateczku powiedziałam panu (stoją z dzwonem po datki), że serwują obcym przewodnikom tough experience z tym swoim cockneyowatym narzeczem, co się go ledwo da przetłumaczyć. Nie wiem czy dotarło, bo ja szkolona tylko w literackiej odmianie :)